niedziela, 18 grudnia 2016

trzy: take it from someone who's been where you're at

~*~

I used to rule the world
Seas would rise when I gave the word
Now in the morning I sleep alone
Sweep the streets I used to own
I used to roll the dice
Feel the fear in my enemy's eyes
Listened as the crowd would sing
Now the old king is dead long live the king

~*~


KIEDYŚ
#Silje

Gotowi, do biegu, start!
Czyli nauka w najlepszej norweskiej szkole muzycznej w pigułce. Nieustanny wyścig szczurów, niezdrowe pragnienie sukcesu i świadomość, że tylko nieliczni go osiągną.
Tak się złożyło, że w tym wąskim gronie znalazłam się i ja. A właściwie tylko ja. Nie muszę chyba mówić, że nie byłam z tego powodu zbytnio lubiana przez rówieśników, prawda? Podobno udowodniono naukowo, że ludziom łatwiej jest znieść cudzą porażkę niż sukces i to nawet jeśli mowa o dwójce najlepszych przyjaciół. Cóż. Ja prawdziwego przyjaciela nie miałam nigdy. Przez moment wydawało mi się, że Mikael nim jest, ale kiedy spaliłam dla niego wszystkie mosty łączące mnie z dawnym życiem, okazało się, że to tylko zapowiadało się tak pięknie i kolorowo.
Nie potrafię odszukać w mojej pamięci momentu, w którym to wszystko się zaczęło – zupełnie jakbym urodziła się ze skrzypcami i smyczkiem w ręku.
Skrzypce były zawsze.
Kiedy dziewczynki w moim wieku woziły w wózkach plastikowe lalki, nazywając je swoimi dziećmi, ja poznawałam nuty i uczyłam się wydobywać z nich dźwięki. Zamiast podkradać mamie ubrania, kosmetyki i za duże buty na wysokim obcasie, podziwiałam jej poważną postawę, gdy z trzymała skrzypce i grała na nich utwory, które ja dopiero miałam poznać.
Nie pamiętam też w którym momencie ten etap się zakończył, a właściwie to ciężko mi stwierdzić czy to stało się wtedy gdy okazało się, że już nigdy nie będę mogła grać na skrzypcach profesjonalnie czy też dopiero wtedy gdy moje skrzypce rozprysnęły się w drobny mak na jednej ze ścian w moim domu rodzinnym, tuż przed tym jak opuściłam go raz na zawsze?
Nie wiem na co liczyłam, kiedy mama wtargnęła do szpitalnej sali i wbiła we mnie swój wzrok. Że zobaczę w jej oczach ulgę, bo zastała mnie żywą? Że więzadła zerwane w moim barku nie zrobią na niej żadnego wrażenia, bo najważniejszy będzie dla niej fakt, że przeżyłam? Naprawdę nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego co faktycznie się wydarzyło.
– I co teraz? – spytała retorycznie, bo obie wiedziałyśmy, że na to pytanie nie da się odpowiedzieć. Wzięła głęboki oddech i pokręciła głową z niedowierzaniem, a jej oczy zamknęły się na moment, jakby z nadzieją, że gdy je otworzy, to wszystko okaże się złym snem.
Ja też pragnęłam by sala szpitalna okazała się jedynie sennym koszmarem. Być może chciałam tego nawet bardziej niż ona.
Nienawidziłam jej zawodzić.
Mama spojrzała na mnie raz jeszcze. Nie wiem jakie emocje wkradły się w jej oczy, być może w ogóle ich nie było. Wbiłam wzrok w pożółkłą pościel, którą nakryte było moje ciało, skupiłam się na bólu w moim barku i starałam się nie myśleć o tym „co teraz”.
– Zmarnowałaś tyle lat ciężkiej pracy – oznajmiła, a we mnie coś pękło. Starałam się wyprzeć te słowa ze swojej świadomości, udawać, że nie padły, ale wbrew mojej woli, krążyły one po mojej głowie niczym uciążliwa, usłyszana przez przypadek piosenka.
Zmarnowałam tyle lat ciężkiej pracy. Ja zmarnowałam.
Ja byłam wszystkiemu winna.
Ja.
– Co z tatą? – spytałam, ignorując jej słowa, udając, że spłynęły po mnie jak woda po kaczce, powstrzymując łzy płynące mi do oczu. Nie chciałam by widziała, że jej słowa mnie ranią. Chciałam wyzbyć się jakichkolwiek emocji i uczuć. Chciałam być chłodna i obojętna. Chciałam być jak ona. Całe życie do tego dążyłam.
Zawsze chciałam być jak ona.
– Nie przeżył – oznajmiła, a ja w tym momencie doszłam do jednego wniosku: Nie potrafię być jak ona. Nigdy nie będę taka jak ona.
Łzy, które tłumiłam w sobie eksplodowały w ułamku sekundy, burząc moje własne przekonanie o samej sobie. Myślałam, że potrafię być niezłomna, że potrafię wyzbyć się uczuć i emocji. Tak jak robiła to mama.
Otóż, ja nie potrafię i nigdy nie potrafiłam.



#Anders

Czerwone światło zmieniło się w żółte, dając mu sygnał, iż może przygotować się do skoku.
Usiadł na belce, sprawdził wiązania, a po upewnieniu się, że wszystko jest w porządku, odetchnął głęboko i spojrzał w dół.
Tłumnie zebrani przy Vikersundbakken kibice, z jego perspektywy w ogóle nie przypominali ludzi – wyglądało to bardziej jak jedna, wielka i wielokolorowa plama. Anders Fannemel jednak doskonale zdawał sobie sprawę z ich obecności. Wiedział też, jak wielkie były ich oczekiwania.
Musiał on bowiem odzyskać dla Norwegów światowy rekord należący od doby do reprezentanta Słowenii.
Nikt nigdy wprost nie postawił mu takich wymagań, ale Fannemel czytał to między wierszami, w słowach dziennikarzy i kibiców. Nawet spiker, który zapowiadał własnie jego skok, zdawał się go prowokować i zamiast swojego życiowego rekordu Anders usłyszał słowa: „do wczoraj druga odległość świata, dziś już tylko trzecia”. A może te oczwkiwania zrodziły się z niczego i istniały tylko i wyłącznie w jego głowie? Bo zdecydowanie lepiej czuł się jako zawodnik z drugim wynikiem na świecie, kiedy ustępował tylko swojemu starszemu rodakowi, do którego odczuwał znacznie większy respekt aniżeli do Petera Prevca. Nie negował wielkości jego osiągnięcia. Niebotyczna odległość dwustupięćdziesięciu metrów bez wątpienia zasługiwała na uznanie, ale Fannemel czuł się winny temu, że rekord świata od lat należący do Norwegów nagle i dość niespodziewanie trafił w ręce Słoweńców. I może jego poczucie winy nie byłoby tak duże gdyby stało się to we słoweńskiej Planicy, ale rekordowa odległość padła na ich norweskiej Vikersundbakken.
Żółte światło zgasło, zaświeciło się zielone. Norweska flaga, w rękach Alexandra Stoeckla przecięła powietrze i nie było już odwrotu.
Ruszył, a jego ciało chwiejnie mknęło po rozbiegu, osiągając prędkość niemalże stu kilometrów na godzinę. Obraz przed jego oczami rozmył się w pędzie, ale cel w jego głowie był wciąż ostry i wyraźny.
Pozycja dojazdowa jakby automatycznie się ułożyła, umożliwiając mu wręcz idealne wybicie się z progu.
Już wtedy czuł, że to będzie jeden z najlepszych skoków w jego życiu. Bo był to jeden z tych lotów kiedy wszystkie jego myśli gdzieś wyparowały, a on czuł jedynie wiatr, który unosił jego niemalże idealnie nieruchome ciało. Kibice na Vikersundbakken podzielili się na dwie części. Jedni zamarli w milczeniu i z przerażeniem spoglądali na skok Norwega, a inni dawali upust emocjom skandując jego imię jakby z nadzieją, że ich doping pomoże mu pobić ustanowiony dzień wcześniej rekord świata.
Osiągał kolejne metry, rezygnując z efektownego lądowania. Leciał tak długo aż w końcu grawitacja nieestetycznie wcisnęła go w zeskok, przypominając mu że prawa fizyki w dalszym ciągu go obowiązują. Poczuł delikatny ból gdy jego stopy uderzyły o twardy zeskok, po czym zachwiał się delikatnie, a jego ręka niebezpiecznie zbliżyła się do podłoża. Nad wszystkim jednak zapanował i po chwili gwałtownie się wyprostował triumfalnie unosząc ręce w górę.
Nie wszystkich cieszył jego skok, ale każdy z podziwem i niedowierzaniem przyglądał się powtórkom na telebimie. Bo Anders Fannemel dokonał właśnie czegoś wielkiego, jego nazwisko na stałe wpisało się złotymi głoskami w historię skoków narciarskich. Nie był już tylko byłym liderem klasyfikacji generalnej ani zwycięzcą jakichś tam dwóch konkrsów.
Był rekordzistą świata!
Tylko że rekordowa odległość nie pozwoliła mu wtedy wygrać.
Czy to nie był pierwszy znak od losu, że nie jest człowiekiem godnym noszenia tytułu rekordzisty świata? Że jest zbyt słaby na ten zaszczyt, że to Peter Prevc powinien pozostać światowym rekordzistą? Bo prawie dwa lata później Słoweniec wciąż był na ustach ludzi całego świata, miał na swoim koncie triumf w Turnieju Czterech Skoczni oraz Kryształową Kulę. Rekordzista świata natomiast odszedł gdzieś w cień młodszych kolegów, wychodząc z niego w kilku letnich konkursach tylko po to by znów beznadziejnie rozpocząć sezon zimowy.
Skoczyć, wylądować i ustać skok – to nic. Nie lada wyzwaniem była umiejętność dźwigania ciężaru presji, którą niosło ze sobą bycie najlepszym i świadomość, że od momentu, w którym dokonujesz czegoś wielkiego, musisz nieustannie swoją wielkość udowadniać.
W każdej dziedzinie swojego życia.



TERAZ
#Silje

Stare, zniszczone skrzypce, przyklejone do obrazu pełnego czarnych motyli najchętniej bym z niego oderwała i potraktowała jak swoje własne dwa lata temu, a w ich miejscu namalowała wielkiego motylego-króla, który z pewnością lepiej pasowałby do nieco kiczowatej koncepcji obrazu aniżeli skurzony instrument. Gwałtowna fala wspomnień, którą ów instrument wywołał w mojej głowie, nie powoduje większych zniszczeń w moim umyśle, aczkolwiek pracowałoby mi się wygodniej, gdyby element przypominający mi o tym, że miałam jakieś życie przed przyjazdem do Lillehammer, zniknął.
No cóż. Oliver nie określił jasno na czym ma polegać zmiana dekoracji, którą mi zlecił, ale wolę nie eliminować niczego co już znajdowało się na kamiennych ścianach.
Postanawiam więc ignorować je tak jak ignoruję wszystkie inne dziwne rzeczy zdobiące ściany pubu, w którym mam pracować w najbliższym czasie. Chociaż ogromne rogi jelenia wydają się idealnym miejscem na powieszenie bombek, więc poświęcenie im odrobiny uwagi to chyba dobry pomysł. Może i nie będzie wyglądać to zbyt estetycznie, ale gdzie mam je powiesić skoro otrzymałam jedynie zakurzone pudło pełne starych bombek, łańcuchów i lampek, bez choinki, na której mogłabym to wszystko umieścić jak normalny człowiek. Z rzeczy niematerialnych dostałam od Olivera jedynie informację, iż „liczy na moją kreatywność”, a więc oto i ona.
Wspinam się na drabinę z pudłem pod pachą, po czym stawiam je na podeście i wyciągam jedną bombkę, którą mam zamiar powiesić na tych nieszczęsnych rogach, ale siła wyższa daje mi do zrozumienia, że chyba źle kombinuję.
- Krzywe nogi i dwie lewe ręce to chyba nie najlepszy zestaw do prac na drabinie?
Bombka wypada mi z ręki i roztrzaskuje się na podłodze, a ja chwieję się niebezpiecznie i pewnie podzieliłabym jej los, gdybym w porę nie chwyciła się drabiny. Niestety drabina, jako złośliwa rzecz martwa nie grzeszy stabilnością, dlatego życie zaczyna przelatywać mi przed oczami. Na szczęście osoba, która przyczyniła się do tego zamieszania wykazuje się refleksem i ją przytrzymuje. Dla pewności, że nie spadnę kładzie też rękę na moich plecach, ale strącam ją tak szybko, jak tylko uzyskuję pewność, że dam radę ustać na własnych nogach.
Komentarz, który zwalił mnie z moich krzywych nóg sprawia, iż nie muszę się nawet zastanawiać nad tym kto zakłóca mi pracę. Od razu wiem, że to ten kolega Ingi, którego imienia nie zapamiętałam. Pamiętam za to, że Inga określiła go marudą, a jego nazwisko ma coś wspólnego z flanelą.
Schodzę z drabiny i krzyżuję ręce na piersiach, mierząc go morderczym wzrokiem. Czekam na wyjaśnienia.
– Przyszedłem z nadzieją, że znowu zastanę tu Ingę.
Przykro mi, flanelowy kolego, ale sama nie wiem gdzie jest Inga. Dziś rano zabrała torbę, która wyglądała na spakowaną już od kilku dni i oznajmiła, że wkrótce znowu się zobaczymy, ale nie jest pewna kiedy.
- Nie ma jej – mówię krótko i liczę na to, że da mi święty spokój. Nie znam go, nie ufam mu i mam gdzieś, że podobno jest wieloletnim przyjacielem Ingi. Ja poznałam go zaledwie kilka dni temu i to od nie najlepszej strony. Jeśli Inga mu ufa to niech sama mu przekaże, że zobaczą się wkrótce, ale nie wiadomo kiedy.
- Ale ty coś wiesz – stwierdza i patrzy w moje oczy, mrużąc swoje, tak jakby wydawało mu się, że ugnę się pod jego morderczym spojrzeniem. Prawdę mówiąc jego mina bardziej mnie śmieszy niż przeraża. – To trochę dziwne. Inga zniknęła gdzieś na prawie dwa miesiące, a kiedy w końcu się znalazła, ty byłaś z nią.
No to pięknie. Inga od samego początku wydała mi się osobą, która ukrywa coś przed światem, ale kiedy słyszę wyznanie jej kolegi robi mi się niedobrze. Zniknęła gdzieś na dwa miesiące, a ja trafiłam na nią akurat tego dnia, w którym na chwilę postanowiła wyjść z ukrycia. Świetnie. Cudownie. Czyżby moja ucieczka spod jarzma Mikaela miała okazać się ucieczką z deszczu pod rynnę?
– Flanelowy kolego...
– Mam na imię Anders – przerywa mi, zupełnie jakby wyczytał z moich myśli, że wcale nie próbuję być zabawna tylko po prostu zapomniałam jakie jest jego prawdziwe imię.
– Przecież wiem – kłamię, nie łudząc się nawet, że brzmię przekonująco. – W każdym razie, sprawa wygląda tak: wiem niewiele więcej niż ty, więc zamiast zadawać mi trudne pytania, lepiej mi powiedz gdzie mam powiesić te lampki.
– Wstrzymaj się jeszcze – mówi, wzdychając ciężko. – Jeśli jutro też tak dam dupy jak ostatnio to przyjdę tu i będziesz mogła owinąć je wokół mojej szyi.
O tak, a na głowę wcisnę ci śmieszną czapeczkę i powieszę na szyldzie przed wejściem. Wiszący Mikołaj z pewnością przyciągnie klientów. Chociaż patrząc na jego wzrost i nos to bardziej przypomniałby mikołajowego elfa.
Nie wypowiadam tej złośliwej uwagi na głos, bo widzę, że jest wystarczająco przybity. Po co mam go dobijać swoim kiepskim poczuciem humoru?
– Myślę, że wokół tej kolumny będą prezentować się lepiej – odpowiadam delikatnie. – Trzymaj drabinę, nie ufam moim krzywym nogom.
A tobie nie ufam jeszcze bardziej.
Drabinie to już w ogóle nie ufam, więc wybieram mniejsze zło.
– Wiesz, czasem warto zrobić krok w tył – mówię, nawiązując do jego wcześniejszych lamentów. Jednak od razu tego żałuję. Może i nie znam go zbyt dobrze, ale z łatwością się domyślam, że będzie miał moje uwagi w głębokim poważaniu.
Anders prycha lekceważąco, potwierdzając moje przypuszczenia i daje mi do zrozumienia, że z naszej dwójki to on wie wszystko i jako jedyny ma prawo do wypowiadania się.
– Trenowałaś kiedyś jakiś sport? – pyta w taki sposób, jakby już sam sobie na to pytanie odpowiedział.
Kończę owijać lampki wokół kolumny i schodzę z drabiny, a kiedy napotykam jego wzrok, trochę żałuję, że nie zostałam ponad nim,
– Nie – mówię, a on triumfalnie unosi głowę, zupełnie jakby moje zaprzeczenie było jednoznaczne z jego wyższością nade mną. Zanim odpowiada cokolwiek, co mogłoby sprawić, że po raz kolejny poczuję wobec niego niechęć, dodaję: – Nigdy nie trenowałam żadnego sportu, ale wiem jak to jest poświęcić czemuś całe życie, a potem w moment wszystko zepsuć. Wiem też jak wiele kosztuje powrót do robienia tego co kiedyś sprawiało ci radość i odnalezienie tej radości na nowo. Jesteś po jakiejś poważnej kontuzji?
– Nie.
– Brawo. W takim razie jesteś w połowie drogi. Zmień nastawienie to może wrócisz na właściwe tory szybciej niż ci się wydaje.
Anders wypuszcza powietrze z ust, a jego twarz łagodnieje. Chyba nie dojdziemy do momentu, w którym w ruch pójdą szklanki i talerze.
– Czy ja wiem. Latem wydawało mi się, że już na nie wróciłem i zimą znowu będę walczył z najlepszymi. Tymczasem walczę o kwalifikację do konkursu i jestem tylko nieznacznie lepszy od Kazachów.
– Od Kazachów? Okej, chciałam cię podnieść na duchu, ale skoro stać cię tylko na pokonanie Kazachów to faktycznie jesteś cienki.
Może jednak poleci dziś jakiś talerz albo dwa, bo Anders gromi mnie wzrokiem jakbym co najmniej obraziła jego matkę, a tymczasem potwierdziłam tylko to co on sam powiedział.
Skąd więc ta złość?
– No co? – pytam gdy przez dłuższą chwilę jego spojrzenie się nie zmienia. – Użalasz się nad sobą, tak jakbyś tylko czekał aż przyznam ci rację, więc to uczyniłam.
– Cieszę się, że w końcu doszliśmy do jakiegoś porozumienia – odpowiada z przekąsem. – To może teraz zechcesz mi powiedzieć coś więcej na temat Ingi?
– Chryste – mówię i zakrywam twarz dłońmi, tak jakbym próbowała wyczytać z nich jak postępować z ludźmi jego pokroju. – Ile razy mam powtarzać, że nie wiem nic więcej? Ja tylko zajmuję się jej kwiatkami i dokarmiam rybki, a w zamian dostałam swój kącik do spania i dostęp do wszystkich luksusów, które zawiera jej mieszkanie. Owszem, martwi mnie jej nagły wyjazd, ale nie mam zwyczaju wiercić ludziom dziury w brzuchu, więc kiedy powiedziała mi, że dowiem się w swoim czasie gdzie bywa kiedy jej nie ma, postanowiłam poczekać na ten czas. Czy mógłbyś, proszę, wziąć ze mnie przykład i dać mi święty spokój?
– Nie.
Dobra. Jeśli nie on, to ja rzucę dziś czymś twardym. Czy Oliver obetnie mi z wypłaty wartość talerza, który ewentualnie roztrzaskam temu idiocie na głowie? Granica mojej cierpliwości za chwilę zostanie przekroczona. Z tego co wiem to w moim stanie chyba nie mogę się denerwować, więc wyeliminowanie źródła złych emocji to chyba najbezpieczniejsze rozwiązanie.
– A nie możesz poznęcać się nad kimś, kto zna ją trochę lepiej niż ja?
– Próbowałem rozmawiać z jej byłym, ale jest tak samo rozmowny jak ty.
– Ale ja wydałam ci się bardziej uległa, dlatego to mi postanowiłeś uprzykrzać życie swoją nachalnością.
– Po prostu wydajesz się bystrzejsza od tego cymbała.
No proszę. Skoro cymbał z cymbałem się nie dogadał, to były Ingi musi być kompletnym tłumokiem.
– No i walory estetyczne też odgrywają rolę – mówi poruszając brwiami w dziwny sposób, a na jego twarzy pojawia się równie dziwny uśmiech. – O wiele przyjemniej prowadzi się dyskusje z ładnymi dziewczynami.
Ojej, jakie to urocze i dowcipne.
Niech ktoś zatrzyma tą karuzelę śmiechu, bo chcę wysiąść.
– Umówmy się tak – mówię, zachowując resztki zimnej krwi. Mam zamiar dać mu ostatnią szansę na ucieczkę zanim przestanę kontrolować swoje nerwy. – Zniknij mi teraz z oczu i idź może na jakiś trening, co by cię Kazachowie czasem nie wyprzedzili w następnych kwalifikacjach. A najlepiej to wybierz się do fryzjera, bo chyba dawno go nie odwiedzałeś. Jeśli się czegoś dowiem to dam ci znać.
Urażony Fannemel poprawia swoje przydługie już włosy i kolejny raz próbuje zabić mnie wzrokiem. W rzucaniu pełnych nienawiści spojrzeń, byłby mistrzem świata, gdyby tylko taka konkurencja istniała.
– A ty uważaj z tymi krzywymi nogami, bo nie chcę zostać bez jakichkolwiek informacji – mówi na odchodne posyłając mi nieco złośliwy uśmiech, którego nie omieszkam odwzajemnić.
Gdy drzwi zamykają się za nim, robi się tak jakoś dziwnie pusto. Słychać tylko nudną melodię sączącą się z głośników i szum wiatru, który przedziera się przez nieszczelne okna.
Przypominam sobie swoje własne słowa, które skierowałam do niego wcześniej i skrzypce na ścianie zaczynają denerwować mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie kiełkuje bowiem myśl, by dać im trzecią szansę.
Może za trzecim razem w końcu poczuję szczerą i niczym nie ograniczoną przyjemność z gry?
Przypominam sobie jednak też jak skończyły się moje dwa poprzednie podejścia i pojmuję jedną rzecz. Robienie tego co kochasz, sprawia ci przyjemność tylko wtedy, gdy otaczające cię osoby udzielają ci odpowiedniego wsparcia, gdy twoje sukcesy szczerze cieszą również twoich najbliższych.
Tak się składa, że moje sukcesy tylko zrzuciły maski z twarzy mojej własnej matki, a później również Mikaela. Każdy z nich pokazał swoją prawdziwą twarz w odmienny sposób, ale bolało tak samo. Boję się, że gdy chwycę za smyczek po raz trzeci, mój mozolnie odbudowujący się świat, znowu runie i tym razem już nie będę w stanie się podnieść.

~*~

I need another story
Something to get off my chest
My life gets kind a boring
Need something that I can confess
Til' all my sleeves are stained red
From all the truth that I've said
Come by it honestly I swear

~*~

Czy ktoś jeszcze tutaj na mnei czeka? Rok temu, kiedy ta historia kształtowała się w mojej głowie, widziałam w niej trochę więcej sensu, ale chyba nie do końca ją przemyślałam. Popełniłam ogromny falstart i zepsułam coś, z czym wiązałam ogromne nadzieje. Komentarz Blangie dał mi jednak do zrozumienia, że porzucając te opowiadanie, postępuję nie fair wobec osób, które zaczęły to czytać, nawet jeśli jest ich zaledwie garstka. Postaram się zatem powalczyć o tą historię – w końcu na początku mocno mi na niej zależało.
Zamierzam też zmienić trochę rozdział drugi, ale nieznacznie. Chodzi o to, że łatwiej będzie mi pisać tą historię jeśli akcja będzie działa się w sezonie obecnym. Być może zmienię też lokalizację miejsca pracy Silje, bo obecna nadaje się tylko do jednego z „Dziewięciu żyć Daniela“ (audycja zawiera lokowanie produktu).

To by było na tyle. Mam nadzieję, że to koniec problemów z Silje i spółką i nie będziecie musiały czekać na następny rozdział ponad pół roku. O ile w ogóle ktoś czekał.

5 komentarzy:

  1. Ja wciąż jestem i będę bo uwielbiam to opowiadanie ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, że ktoś czeka! (A przynajmniej skromna ja)
    Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak poprawiłaś mi humor tym rozdziałem, nawet jeśli na następny będę musiała czekać do następnego sezonu.
    Chciałbym porozwodzić się nad zachowaniem bohaterów, narracji, czy tym, co ten rozdział wnosi do fabuły, ale muszę to jutro przeczytać jeszcze raz, bo dziś mogę jedynie stwierdzić, że to najwcześniejszy prezent pod choinką :)
    Mam nadzieję, że dopasujesz poprzednie rozdziały do nowego pomysłu i zostaniesz na dłużej. Jeśli historia będzie mnie wciągać tak jak do tej pory to jestem w stanie czekać na następne rozdziały nawet pół roku.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj :) przeczytałam całość od deski do deski i musze przyznać, że dziarski obraz Andersa bardzo do mnie przemawia. Zawsze wyobrażałam go sobie w ten sposób. Ciekawi mnie też Twój pomysł na wybaczenie głównej bohaterki, chętnie poznam jej historię :) Mam nadzieje, ze tym razem następny rozdział będzie szybciej, a w wolnej chwili zapraszam na let-fly.blog.pl :) pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Docieram po miesiącu, to i tak szybko jak na mnie. No ale mniejsza.
    Zaczynając od końca, cieszę się, że to ja przyczyniłam się do tego, że tutaj wracasz, bo ta historia jest tego warta. I mówiłam już wtedy, że chcę ją poznać w całości, bez względu na to ile to będzie trwało. Podtrzymuję to w stu procentach.
    Zanim przejdę do tego rozdziału, to powiem jeszcze tylko, że przeczytałam tą zmodyfikowaną dwójkę i podoba mi się jeszcze bardziej. Niby niewielkie zmiany, ale dodały wyrazistości opisanym tam wydarzeniom, aż zwłaszcza postaci Silje.
    A teraz mogę już przejść do trójki.
    Pierwsza część z przeszłości Silje... dużo przeszła w życiu. Można by nawet powiedzieć, że za dużo. Ale ludzie tacy jak ona obrywają po prostu za to,  że inni są bezgranicznie szczęśliwi. Trudno obwiniać kogoś za taki stan rzeczy, bo raczej nie prosiła się o tyle bólu.
    Chociaż może pośrednio... w końcu obrała sobie za wzór matkę, chciała być taka jak ona. Co jej tak imponowało w kobiecie, która w szpitalu zarzuca córce, że zmarnowała sobie karierę skrzypaczki i ze spokojem mówi o śmierci męża? To, że jest jakąś pieprzoną skałą, której nic nie skruszy? Nie wiem po co jej była rodzina skoro najwyraźniej jedyne co darzy uczuciem to skrzypce i ona sama.
    Za to Silje... traci ojca i swoją pasję w jednej chwili. Potem jakiś chory związek i niekoniecznie chciana ciąża. Nic dziwnego, że próbuje uciec przed własnym życiem.
    Uwaga, bo teraz napiszę coś, czego nie napisałabym w żadnym innym wypadku. Podoba mi się perspektywa Andersa. Przerabiając to tak, żeby nie brzmiało to jakbym przekonywała się do Norwegii, stworzyłaś genialny opis odczuć sportowca.
    I na koniec teraźniejszość. Wygląda na to, że skrzypce będą tu stałym motywem, co będzie się uzupełniać ze skokami. Bo kto powiedział, że tylko sport wymaga charakteru i poświęceń?
    Czytając ich rozmowę, trudno się oprzeć wrażeniu, że trafił swój na swego. Czy z czasem coś w nich pęknie i staną się dla siebie wsparciem? A może inspiracją? I o co chodzi z Ingą?
    Jak widzisz, jestem w stanie zadać dość sporo pytań, a to znak, że powinnaś kontynuować pisanie, żeby mi się coś rozjaśniło. Ewentualnie wręcz odwrotnie. Ważne, żebyś po prostu pisała.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem beznadziejna. No naprawdę. Dwa miesiące obsuwy. Miałaś kiedyś tak spóźnialskiego czytelnika? Najciekawsze w tym wszystkim jest, że na co dzień po prostu nienawidzę się spóźniać. A potem wchodzę w blogosferę i kończy się moja punktualność.
    Dobra, do rzeczy. Najważniejsze w tym rozdziale jest chyba to wspomnienie Sijle. Na szczęście nie znam tego uczucia, ale jeśli poświęcasz czemuś całe życie, wszystko podporządkowujesz jednemu celowi i nagle okazuje się, że nic z tego nie będzie - to musi okropnie boleć. Silje zrezygnowała z dzieciństwa po to, żeby grać na skrzypcach. Tak to wygląda. Nie miała czasu na beztroskę i zabawę. W takich sytuacjach od razu pojawia się pytanie: dlaczego? Co skłania dziecko do takich wyrzeczeń? Miłość do muzyki? To w jakimś stopniu pewnie też. Ale już po chwili mamy prawdziwą odpowiedź. Silje chciała iść w ślady swojej mamy, niedoścignionego wzoru. Szybko dowiadujemy się, że ich relacje nie należały do wymarzonych. Bo jeśli po wypadku matka nie cieszy się, że jej dziecko przeżyło, tylko obwinia o zmarnowanie swojej szansy na zaistnienie w świecie muzyki, coś jest ewidentnie nie tak.
    Czarę goryczy przelała informacja, że tata Silje nie przeżył tego wypadku. Podejrzewam, że od tej pory jej relacje z mamą były jeszcze gorsze.
    " jego nazwisko ma coś wspólnego z flanelą." Oj, Fannis. Nie dość, że sobie z presją nie radzisz, to jeszcze nosisz takie flanelowe nazwisko XD Ale ważniejsze od nazwiska jest to, po co przyszedł. Poszukuje Ingi. A Inga jest tajemnicza. Nie wiem, gdzie jeździ i za czym, ale - jak się okazuje - jej dobrzy znajomi też nie wiedzą. To jest dość interesująca sytuacja. Liczę na to, że wraz z rozwojem wydarzeń czegoś więcej się o niej dowiemy.
    Nie zostawiaj tego opowiadania, okej? Nie wolno się tak łatwo poddawać. Pisać umiesz, a samą historię możesz przeciez przemyśleć raz, drugi, trzeci. To dopiero początek, niewiele jeszcze wiemy, więc nawet jeśli zmieni Ci się koncepcja tego opowiadania - i tak tego nie zauważymy ;)
    Buziak! :*

    OdpowiedzUsuń